Martyna i Chris
Już od pierwszych chwil, kiedy przyjechaliśmy na przygotowania Chrisa, otoczył nas radosny chaos. Co chwilę ktoś nowy dołączał do tego rozgardiaszu, a z każdego kierunku dobiegały głośne rozmowy i śmiechy. Pamiętam, jak rzuciliśmy sobie z Jankiem – filmowcem – spojrzenia mówiące: będzie się działo. I tak też było! Chris wypełniał swoją energią każdą przestrzeń, w której się pojawiał – po prostu nie dało się tego nie poczuć. Kiedy wsiadaliśmy do samochodu, żeby jechać do hotelu, w którym przygotowywała się Martyna, miałem wrażenie, że zdążyłem poznać chyba z setkę osób.
W hotelu panowała nieco inna atmosfera, ale gdy tylko weszliśmy do pokoju Martyny, poczułem tę samą moc. Śmiechy, rozmowy i pozytywna energia wylewały się z każdego kąta, śmiech i dźwięk stukających się kieliszków.
A potem był kościół, gdzie pojawiali się kolejni goście. Piękna msza, celebrowana w dwóch językach, co dodatkowo sprawiało, że mieliśmy wrażenie uczestniczenia w czymś wyjątkowym. W powietrzu czuć elektryczność, zresztą nie tylko ja to odczuwałem, bo gdy tylko przyglądałem się twarzom zebranych, widać było malujące się na nich wielkie emocje. A potem nagle było po wszystkim. Staliśmy w zakrystii i rozmawialiśmy z księdzem, tak po prostu, o tym, że trochę się tremował, że angielski sprawiał mu czasem problem, czułem się trochę jakbym był znów w szkole, na przerwie, po trudnym sprawdzianie, kiedy już emocje opadły, a każdy z uśmiechem na twarzy przeżywał, to co się przed chwilą wydarzyło.
A potem pojechaliśmy na salę - niezwykłe miejsce - Zaciszek Kociewski, gdzie dystans już całkowicie się skrócił - za sprawą niezwykle poruszających mów, w których najbliźsi młodej pary z humorem, ale też z wielką wrażliwością opowiadali o tym, co Chrisa i Martynę połączyło. Czuć było niesamowitą bliskość, emocje. Powiem szczerze, że kiedy decydowałem się na zajęcie się fotografią, to właśnie emocje zawsze mnie przyciągały, więc tutaj czułem się jakbym oglądał niezwykle poruszający film.

