Kiedy wjeżdżałem na teren pałacu Bogaczów nie do końca wiedziałem czego się spodziewać, ale wszystkie pomysły, które przychodziły mi do głowy nie miały chyba nic wspólnego z purpurowym szaleństwem, które zawładnęło tym dniem, kiedy spotkałem Agę. Powiedzieć, że otaczała ją artystyczna aura, pełna nieładu, radości, szaleństwa, to nic nie powiedzieć. Próbowałem nadążyć za nią, kiedy dekorowała krzesełka do ceremonii, zaglądała do jurty (którą przygotowało Plenerowe wesele), układała kwiaty, by za chwilę pędzić na układanie włosów.
W międzyczasie przyjechał drugi Kuba, filmowiec ze StudniaFilm i dołączył do gonitwy. Fakt, że nosiliśmy to samo imię na szczęście tylko nieznacznie podnosił poziom chaosu, bo potem pojawił się Rodri otoczony niezliczoną ilością roześmianych, głośnych, mówiących chyba wszystkimi językami świata gośćmi i szaleństwo tego dnia wybuchło ze zdwojoną energią. Gdzie nie spojrzeć działo się coś ciekawego, toasty, piasek w słoikach - Rodri wytłumaczył mi, że chciał wziąć ślub na plaży, ale życie ułożyło inny plan, więc goście z różnych stron świata przywieźli piasek, który potem, podczas ceremoni został rozsypany pod stopami pary młodej. Chciałem posłuchać, ale rozmowa zeszła na The Wire i zaczęliśmy przerzucać się cytatami - wiedziałem, że godziny spędzone przed telewizorem nie idą na marne i że dzień, w którym “it’s all in the game” mi się przyda kiedyś nadejdzie.
Potem przyjechała Nadia - celebrantka i niczym oliwa na wzburzoną wodę wprowadziła trochę ładu i porządku. Na szczęście nie na długo, bo gdy tylko przeszliśmy do jutry i później na parkiet, w tańcu nikt nie brał jeńców. To był wyjątkowy ślub, niesamowita energia, ogromne ciepło i niezwykle silne emocje. Długo będę wspominać.

