Tom Morello w Stodole

To był dla mnie ważny koncert. Odkąd zacząłem współpracę ze sztukmix.pl, bardzo sobie na niego ostrzyłem zęby. Tom Morello towarzyszył mi od czasów liceum, “Killing in the name” było grane na każdej imprezie klasowej, każdy takt był obskakany, każda linijka wykrzyczana. Później, kiedy urodziła się moja córka, usypiała przy “One man revolution” i “Be yourself”. O tą pierwszą zresztą później często prosiła, a “łaą mę” od tamtej pory jakoś nierozerwalnie kojarzy mi się z Morello. Potem odkrywałem jego udział w muzyce do wielu filmów i seriali, które uwielbiam. Więc, żeby nie przedłużać, kiedy zobaczyłem, że będzie grać w Stodole, wiedziałem, że muszę tam być.

Potwierdzenie akredytacji przyszło kilkanaście godzin przed koncertem, niby nic nadzwyczajnego, ale pewien niepokój był. Na miejsce przyjechałem z małym zapasem i pokręciłem się trochę, żeby rozejść trochę emocje, które potęgował fakt, że na miejscu dowiedziałem się, że poza trzema utworami na początku koncertu supportu i headlinera nie będzie można wejść z aparatem na salę, a sprzęt zdać do depozytu. No pressure.

Pierwszy na scenę wyszedł zespół The Last Internationale, którego wcześniej nie słyszałem. Już po pierwszych dźwiękach i chemi, która panowała na scenie, przeczuwałem, że może być dobrze, ale takiej eksplozji energii się nie spodziewałem. Trzy kawałki przetoczyły się w oka mgnieniu, a z fosy schodziłem z poczuciem, że mogę mieć na kartach kilka naprawdę sztosowych ujęć. Podobne uczucia łatwo było wyczytać z wyrazu twarzy innych fotografów.

Niedługo potem znów weszliśmy do fosy. Powiedzieć, że było ciasno, to nic nie powiedzieć. Było nas chyba kilkanaścioro. Szykowała się niezła walka o kadry. Fakt, że mieliśmy tylko trzy kawałki podnosił tylko poziom adrenaliny. A potem na scenę wbiegł Tom Morello i Stodoła eksplodowała, a mój świat na te kilkanaście minut ograniczył się do wizjera aparatu. Dawno nie miałem takiego hyper focus, jak wtedy. Czułem jakby czas stanął w miejscu. Potem nagle ochrona dała znak i trzeba było się zmywać.

Często, kiedy wyjdę z fosy i nie mam możliwości kręcenia się z aparatem po sali, zmywam się do domu. Z jednej strony zżera mnie ciekawość i chcę jak najszybciej zgrać zdjęcia, z drugiej nie umiem się odnaleźć na koncertach bez możliwości skupienia uwagi w wizjerze. Raczej nie skaczę już w pogo, a stanie i tupanie nogą to nie do końca moja bajka. Ale tym razem nie mogłem oderwać oczu od sceny. Kolejne piosenki zabierały w podróż. Niesamowity moment, kiedy zespół zagrał “Like a stone” Chrisa Cornella, który był i jest dla mnie jedną z najważniejszych postaci na rockowej scenie. Nie mogłem powstrzymać łez i widziałem, że bardzo wiele osób było wyraźnie poruszonych. Ale chwilę później całą Stodołę ogarnął wir szaleńczego pogo przy muzyce RATM. Dodatkowo ze sceny płynął silny, bezkompromisowy przekaz, który można zamknąć w jednym zdaniu wypisanym na przyklejonej do spodu gitary Toma haśle - “jebać faszystów”, pod którym podpisuję się oboma rękoma.

Wiele razy podczas koncertu na scenę wchodził Roman Morello, piętnastoletni syn Toma. W pewnym momencie przejął ją nawet i zagrał “For the love of god” Steve’a Vaia. I choć wykonanie było brawurowe, ja nie mogłem oderwać wzroku od siedzącego w cieniu Toma, na którego twarzy widać było ogromną, nieskrywaną dumę. Takich momentów było tego wieczoru bez liku. Ten koncert będę jeszcze bardzo długo wspominać.

Next
Next

Co warto zobaczyć na północy Portugalii? Moja relacja z Barcelos i okolic