Emilia i Mateusz
To był niezwykły ślub.
Już wjeżdżając do Wąsowa, czuliśmy, że coś wisi w powietrzu. Piękne ceglane domy, majestatyczny kompleks pałacowy... a potem podjechaliśmy na parking i się zaczęło! Już podczas przygotowań czuć było w powietrzu prawdziwą elektryczność. Co chwilę ktoś coś krzyczał, ktoś gdzieś biegł, psy szczekały, a ludzie z szerokimi uśmiechami pędzili z miejsca na miejsce po rzeczy, które powinny być dokładnie tam, gdzie ich nie było. Emocje sięgały sufitu, a głośny, szczery śmiech mieszał się ze wzruszeniem. Prawdziwe, purpurowe szaleństwo!
Rzutem na taśmę
Kulminacją Przygotowań miał być first look. Czułem się trochę jak w filmie, gdzie wszystko wygląda tak, jakby miało zaraz skończyć się katastrofą, ale w ostatniej sekundzie wpada na właściwe tory, a fala wzruszenia uderza w wszystkich ze zdwojoną siłą. Kiedy czekaliśmy w altanie z Mateuszem na nadejście Emilii i nagle pojawił się świadek z listem, czułem się, jakbym siedział w pierwszym rzędzie na krawędzi fotela zajadając się popcornem. Łzy spływały po policzkach Pana Młodego. Ocierał je nawet nie próbując ukryć wzruszenia. Chwilę później Emilia schodziła już po schodkach. Mateusz stał tyłem, czekając na nią, a ja zza jego ramienia obserwowałem całą tę magię. Uczestniczyłem w czymś naprawdę wyjątkowym.
Prawdziwy rollercoaster
I takie było całe to wesele – prawdziwa emocjonalna kolejka górska, od łez wzruszenia po niekontrolowany śmiech. Gdziekolwiek nie spojrzałem, na twarzach gości działo się tak wiele, że sam nie wiedziałem, gdzie najpierw skierować obiektyw. Były wybuchy radości, buchy szaleństwa, spektakularne efekty, gry, szalone tańce, pyszne jedzenie i zabawa do samego świtu!

