Ślub Marii i Piotrka
Kiedy oglądam ten reportaż, czuję jakbym oglądał film, że przeżywam od nowa ten dzień. Już kiedy rozmawiałem z Marią, o tym jaki jest plan, czułem, że to może być coś wyjątkowego i kiedy wchodziłem do mieszkania na przygotowania, miałem już pewność. Jednym z pierwszych zdjęć, jakie zrobiłem, to sukni i garnituru wiszącego pod ogromną ilością gier planszowych i puzzli, chwilę potem zobaczyłem “weselne” crocksy. Kiedy zaproponowałem, żeby w takim razie zrobić zdjęcie obrączek w klimacie władcy pierścieni, entuzjazm z jakim zarówno Piotrek i Marysia ruszyli zbierać rekwizyty był niemal powalający. Do tego nad wszystkim czuwał kot Maciuś, który doglądał właściwie każdego punktu przygotowań, pinował by nic się nie pogniotło, by w miseczce nie zabrakło jedzenia oraz, żeby odpowiednia ilość uwagi była poświęcona sprawom najważniejszym, czyli dobrobytowi kota!
Sprawy nabierały tempa, zbliżała się pora wykupin. Już kilka razy widziałem, ale takie jak te, to było coś bez nazwy. Ruszyliśmy spacerem do kapliczki w parku, gdzie mieliśmy spotkać resztę uczestników. Po drodze skojarzenia z “Władcą pierścieni” nasuwały się same, gdy niemalże na każdym kroku do naszej “drużyny” dołączali coraz bardziej kolorowo ubrani ludzie. Sama kapliczka stała przy wejściu do bardzo uczęszczanego parku. Dookoła biegacze, rowerzyści, rodziny z dziećmi, a pod kapliczką niezwykle barwna drużyna pierścienia przy dźwiękach liry korbowej świetnie bawiła się przy wykupinach.
Z parku udaliśmy się do kościoła niepokalanego poczęcia NMP w Krakowie, gdzie czekała już reszta rodziny. Państwo młodzi podjechali pięknym czerwonym Cadillac’kiem. Po krótkiej, ale tak pełnej emocji ceremonii ślubnej, przyszedł czas na mszę odprawioną w rycie rzymskim - było coś niesamowitego, niemalże jak podróż w czasie. W trakcie mszy, prowadzący ją ksiądz wygłosił niezwykle ciepłe, poruszające kazanie. Mało kto był w stanie powstrzymać emocje, ja też musiałem skrócić czas naświetlania, żeby nie poruszyć kadrów.
Z kościoła udaliśmy się do Skansenu smaków w Choleczynie, gdzie zabawom i śmiechom nie było końca. Piękny, drewniany zajazd pękał w szwach, cała kolorowa grupa gości wirowała na parkiecie, od najmłodszych, do najstarszach, każdy tańczył, wszędzie słychać było wesołe rozmowy, uśmiechy i pozytywna energia była wręcz namacalna. Dodatkową atrakcją niewątpliwie były miecze, które młodzi dostali w prezencie, replika miecza z “Władcy pierścieni” oraz rapier stały się elementem sesji nad jeziorem. Nawet typowe weselne zabawy nabrały tu wyjątkowego charakteru - świetnie sprawdzał się tu DJ Dawid Sobczyk, który aż kipiał pomysłami i zapewniał świetną oprawę muzyczną, która porywała gości co chwilę do kolejnych pląsów. O północy odbyły się postrzyżyny. Znów zagrała lira korbowa, a piękny warkocz panny młodej zastąpiła chusta. Szkoda było wychodzić, ale wspomnienia pozostaną na długo.

