BEAT of the Stratocastle

Kiedy zobaczyłem informację, że Steve Vai zagra wraz z BEAT, wiedziałem, że muszę tam być. Nie miałem jeszcze okazji widzieć go na żywo, a był dla mnie ważnym twórcą, odkąd pamiętam. W liceum – trochę wstyd przyznać – oglądałem film „Crossroads” niezliczoną ilość razy. Dla tych, którzy nie kojarzą: to taki Karate Kid, tylko że z gitarami i bluesem. Zawsze lubiłem gitarowe popisy, ale Vai był dla mnie czymś innym. Miał w sobie jakieś szaleństwo, pewne je ne sais quoi. Tworzył muzykę dziwną, eksperymentalną i niesamowicie działającą na wyobraźnię. Płyta „Passion and Warfare” przez bardzo długi czas nie opuszczała mojego discmana.

Ale Vai to niejedyny powód. Nigdy nie byłem jakimś oddanym fanem King Crimson, jednak mam z ich muzyką sporo dobrych wspomnień z czasów, kiedy zakup płyty był prawdziwym świętem i sporym wydatkiem. Dlatego, gdy trafiała się taka, której można było słuchać w koło macieju, świat stawał się jakby piękniejszy. Tak było w przypadku „In the Wake of Poseidon” oraz „Larks' Tongues in Aspic”. Obie te płyty długo katowałem; towarzyszyły mi w dziwnych czasach i gdzieś w środku został po nich ślad. Swoją drogą, w King Crimson zawsze uwodził mnie pewien liryzm, nostalgia i melodie.

Kolejnym elementem podkręcającym moją ciekawość był z pewnością Liquid Tension Experiment, w którym grał również Tony Levin. Uwielbiam pierwszą płytę tego kwartetu, a bas jest tam jednym z kluczowych elementów – co nie zawsze jest dla mnie oczywiste. Ostatnim magnesem był zdecydowanie Danny Carey, którego – co pewnie nikogo nie zdziwi – znam z Toola. Ich muzykę po raz pierwszy usłyszałem jeszcze w liceum. Trochę zajęło mi polubienie tych brzmień; z początku wydawały mi się zbyt zimne i matematyczne. Wszystko zmieniło się jednak, gdy zobaczyłem „Sober” – jedno z moich ulubionych wykonań jakiejkolwiek piosenki na żywo. Potem przyszedł „Lateralus” i już byłem kupiony.

No więc tak: kiedy przeczytałem, że BEAT zagra na zamku w Ćmielowie, wiedziałem, że muszę tam być.

Kiedy przyjechałem na miejsce, ludzie powoli się schodzili. Miałem trochę czasu, żeby poszwendać się po zamku i zajrzeć do muzeum gitar. Powiedzieć, że kolekcja robi niezwykłe wrażenie, to nic nie powiedzieć. Spacerując pośród historii rocka, czułem się wręcz przytłoczony tą ilością – w którą stronę by nie spojrzeć, wszędzie wisiały niesamowite, podpisane gitary. Aż trudno było uwierzyć, że to wszystko znajduje się w jednym miejscu.

Ale potem na scenę weszli muzycy i cała reszta przestała się liczyć. Najpierw stanęli naprzeciw tłumu – uśmiechnięci i wyluzowani. Pomachali, po czym zajęli miejsca przy instrumentach. Każdy z nich, zamknięty w swojej własnej bańce, opowiadał instrumentem historie, które unosiły się i rezonowały od zamkowych ścian. Wiem, że to brzmi trochę grafomańsko, ale w tej atmosferze było coś naprawdę magicznego.

Inną sprawą jest coś, z czego coraz bardziej zdaję sobie sprawę, im dłużej fotografuję koncerty: kiedy oglądam je przez wizjer aparatu, mój odbiór muzyki jest zupełnie inny. Bardziej skupiam się na detalach, a sama muzyka staje się jedynie tłem. Im dłużej to robię, tym mocniej koncentruję się na świetle, pozie czy łapaniu konkretnych kontekstów. Z pewnością potęguje to presja czasu – tutaj też tak było, bo mieliśmy do dyspozycji tylko trzy (jak na muzykę progresywną: bardzo krótkie) utwory. Było nas sporo, więc każdy w amoku krążył pod sceną w poszukiwaniu ciekawych kadrów. Miejsca wprawdzie nie brakowało, ale i tak trzeba było uważać. Do tego dochodził fakt, że było dość wcześnie, a światło – delikatnie mówiąc – wymagające. Wszystko to sprawiało, że mój hyperfocus wchodził na jeszcze wyższy poziom. I to było super.

Next
Next

Rise Against na letniej scenie Progresji