Høyem w Niebie
Pogoda tego wieczoru była paskudna. Rozmarzający śnieg tworzył rozległe kałurze, padał deszcz, było zimno, ale kiedy szedłem pod “Niebo” czułem dziwną radość. Mam sentyment do tych okolic, bo kiedy miałem około 20 lat, pracowałem w jednym z biur, właściwe przez ścienę miałem do Nieba. Zresztą młody byłem, wszystko wydawało się być przez ścianę do nieba. Ale nie o tym. Pod wejściem do klubu stała niezbyt długa kolejka oczekujących, w kałurzach pięknie odbijały się neony znad wejścia. Punktualnie o czasie otworzyły się drzwi i weszliśmy do środka.
Wystrój klubu miał w sobie coś dziwnego, jakiś dysonans pomiędzy elementami starego wystroju, cechowymi herbami na ścianach, a nowoczesnym połączeniem szkła i światła. Wnętrze coraz bardziej się zapełniało. Zaczynało się robić coraz ciaśniej, a tuż przed koncertem nie było już jak się przemieszczać. Na szczęście zawczasu przebiłem się do fosy. Lubię ten moment tuż przed koncertem, kiedy czuć w powietrzu skraplające się oczekiwanie, co jakiś czas można dostrzec artystów zaglądających przez szparę w drzwiach. Wszędzie uśmiechy, klepanie po plecach. Aż w końcu gaśnie światło i emocja sali zmienia się.
Zgasło światło, po chwili niebieska poświata oblała scenę i zaczął się koncert. Bardzo dobrze nie znam twórczości Siverta Høyem’a, ale w jego głosie jest coś takiego, że to nie ma właściwie znaczenia. Łagodny, głęboki głos otula, oczarowuje. Niemalże zapominałem, że mam robić zdjęcia. Było pięknie. Piosenki brzmiały niezwykle świeżo. Zdecydowanie mocnym punktem był moment, gdy Sivert zadedykował jedną z piosenek ludziom umierającym na ulicach Iraku.
Na koniec zespół zagrał piosenki z repertuaru Madrugady i w tym moją ulubioną “Honey Bee”. To było coś niesamowitego. Zdecydowanie jeden z lepszych koncertów, na których byłem. Połączenie słów, melodii, emocjonalności, to coś, czego szukam w muzyce, a tu dostałem aż nadto.

