Hunter w Progresji

Kolejny raz kiedy jestem w Progresji i czekam w kolejce do wejścia, nagle niebo staje się jakby jakieś piękniejsze, światło robi się niesamowite, trochę jakby nie z tego świata, sugerując, że to będzie niezwykły wieczór. Kolejka przed wejściem powoli robiła się coraz dłuższa, wszędzie królowały naszywki “Huntera”, panował radosny nastrój oczekiwania, rozmowy w grupkach, wybuchy śmiechu. W końcu bramki otworzyły się i weszliśmy do środka.

Strasznie lubię wejście na salę Progresji, to jak układają się światła, że jest dużo miejsca, wiele perspektyw - zawsze przynoszę stąd materiał, z którego jestem zadowolony. Pokręciłem się chwilę, zbiłem piątkę z innymi fotografami, a potem się zaczęło. Pierwszy wystąpił M2Schron, ciężki, rapowy zespół, który ledwo mieścił się na scenie, tak rozsadzała ich energia. Potem ich miejsce zajął Lark i nastrój zmienił się diametralnie - bardziej metalowy, mialem wrażenie liryczny klimat i zderzenie bardzo różnych osobowości, dynamiczne kombo gitary i basu, z bardziej introwertycznym wokalistą i perkusją, tworzyło niesamowitą mieszankę. Emocje podbijały emocje płynące z publiczności. Oba występy pozostaną w mojej pamięci, ale potem na scenę wszedł Hunter i nic innego nie miało znaczenia.

To było coś bez nazwy, połączenie teatru z muzyką metalową nie jest niczym dziwnym, ale tu osiągało zupełnie inny poziom. Szeroki wachlarz rekwizytów zmieniał się jak w kalejdoskopie, były siekiery, pistolety, laski, mundury… Słowa piosenek brzmiały niezwykle mocno, niestety aktualnie. Powagę przełamywał absolutny brak powagi i żarty Michała Jelonka, który jak zawsze był kulą energii. Dla mnie jednym z najmocniejszych momentów był walczyk, podczas którego skrzypek zszedł w tłum i grał otoczony wirującym pogo. Byłem tuż obok i widać było radość w oczach zarówno ludzi, jak i samego Michała. Niesamowity koncert, mam nadzieję, że jeszcze nie raz będę miał możliwość oglądania Huntera na scenie.

Next
Next

Przemyk zesłał bóg